Menu
Mes albums
Langue - Jezyk
Sites favoris - Linki
|
Biały piasek, palmy kokosowe oblepione owocami, odległa linia horyzontu w błękitach, sprzedawcy kukurydzy i grillowanego sera przekrzykujący szum fal - końcówce podróży postanowiliśmy nadać ton czysto wakacyjny. A jakie miejsce nadaje się do tego lepiej niż brazylijskie wybrzeże?
Po dwóch godzinach na plaży w Porto Seguro, jednej ze sztandarowych destynacji wakacyjnych Brazylijczyków z całego kraju, odnalazł nas nasz stary przyjaciel - deszcz. Ciężko w to uwierzyć, ale znane wszystkim z folderów biur podrozy słoneczne plaże Brazylii, słoneczne są tylko od czasu do czasu, a deszczowe chmury są tutaj czymś równie naturalnym jak zachmurzone niebo nad plażami Bałtyku.
Porto Seguro po sezonie świeci pustkami - łatwo znaleźć nocleg, ceny nie przyprawiają o ból głowy, kelnerzy biją się między sobą o klientów, a centrum nocnych uciech, tzw. Aleja Alkoholu nie spełnia oczekiwań, jakie wiązaliśmy z ulicą o tak obiecującej nazwie.
Na wzgórzu górującym nad nadbrzeżną, wakacyjną częścią Porto Seguro, położone jest stare miasto, czyli klepisko z wbitym w ziemię słupem, który w 1503 roku Portugalczycy przytaszczyli ze sobą z Europy, aby w ten symboliczny sposób ogłosić swe panowanie nad tym terytorium. Wokół placu pozostało kilka budowli z okresu wczesnej kolonizacji - trzy zabytkowe kościoły, w tym najstarszy w Brazylii, wzniesiony w 1535 roku Kościół Matki Boskiej Bolesnej, pałacyk w którym mieści się muzeum, rząd kolorowych, niskich domków wypełnionych pamiątkami. Ta część miasta przypomina o tym, że Porto Seguro jest jedną z najstarszych portugalskich osad w Ameryce Południowej, miejscem, w którym rozpoczęła się historia kolonizacji terenów obecnej Brazylii.
Mimo nie najlepszej pogody, zachęceni opowieściami o pięknie plaż położonych na południe od Porto Seguro, przeprawiliśmy się promem do Arraial d'Ajuda, a później autobusem do niewielkiej miejscowości Trancoso.

Widzieliście film "Big Fish"? Pamiętacie idealną wioskę ludzi szczęśliwych, do której dociera Edward Bloom? Tak mniej więcej wygląda centrum Trancoso - wyłączony z ruchu kołowego, porośnięty trawą szeroki plac zwieńczony małym, bielonym kościółkiem i otoczony kolorowymi domkami kryjącymi bary, restauracje i sklepy z pięknymi przedmiotami. Wszystkie domy zostały wykończone przez specjalistów od dekoracji wnętrz czy może właścicieli wiedzących jak stworzyć atmosferę idealnej harmonii. Nocą plac oświetlają żarzące sie na stołach świeczki, przez otwarte drzwi płynie nastrojowa muzyka, w karcie restauracji same zdrowe i egzotyczne przysmaki, gdzie nawet cachaça czy rum wydają się mieć komplet witamin. Całość położona jest na stromym klifie z oszałamiającym widokiem na wybrzeże, plaże i ocean. Pogoda zrobiła się ładna, więc mogliśmy w pełni cieszyć się urokami plaż i wioski ze snów, co nas dość szybko znudziło i ruszyliśmy dalej.

Rio de Janeiro
Jeśli pocztówka z Brazylii składa się z dwóch kadrów, to mamy prawie stuprocentową pewność, że obok bajkowych plaż pojawi się inny symbol tego kraju - sylwetka Chrystusa z rozpostartymi ramionami, czyli Chrystus Zbawiciel ze wzgórza Corcovado w Rio de Janeiro. Biały, gigantyczny posąg spogląda majestatycznie na miasto, a miasto z dołu swych ziemskich niedoli spogląda na górujący nad nim, widoczny z każdego miejsca charakterystyczny monument.
Tak sobie to przynajmniej wyobrażałam i już z okien autobusu wypatrywałam znajomej postaci, zanim jeszcze dobrze przekroczyliśmy rozmyte granice tego wielomilionowego miasta. Przeszukiwałam szczyty wzgórz Rio z okien taksówki, autobusu, tramwaju i spacerując po zabytkowych uliczkach dzielnicy Santa Teresa, rozglądałam się siedząc na ręczniku na plaży Copacabana i przeciskając się przez tłumy biznesowego centrum. Bez skutku. Przekonana, że z tym Jezusem to jakiś większy spisek, odwróciłam głowę ku wzgórzom zanurzona w wodzie 20 metrów od plaży i ... o Jezu...jaki on malutki! I w dodatku od stóp do głów oplątany klatką rusztowań. No cóż, na szczęście słynny pomnik to tylko kropla w morzu uroków Rio, które zrobiło na nas wrażenie jednego z piękniejszych miast świata. Położone wśród zielonych wzgórz delikatnie opadających ku błekitom oceanu, widziane z góry zapiera dech w piersiach. Widziane z dołu ma coś dla każdego - złociste plaże Copacabana i Ipanema z atmosferą wiecznych wakacji, biznesowe centrum skomponowane z pięknych, kolonialnych budowli i wciśniętych między nie nowoczesnych drapaczy chmur, artystyczne klimaty i kameralne koncerty samby wśród wąskich i stromych uliczek Santa Teresa, czy budzące się po północy klubowe zagłebie w dzielnicy Lapa. Rio to też słynne fawele, czyli dzielnice biedy - gęsto i byle jak zabudowane strome wzgórza, na których tuż przed naszym wyjazdem wydarzyła się tragedia. Ponad 200 osób zginęło we własnych domach, które zsunęły się wraz z ziemią z nasiąkniętych ulewnymi deszczami zboczy. Nie ma chyba drugiego takiego miejsca na ziemi, gdzie kontrast między rzeczywistością tych, którzy uczestniczą w dobrodziejstwach współczesnego świata i tych, którzy zostali z niego wykluczeni byłby tak wyraźny. I wydaje się, że w tym podzielonym na dwie części mieście wytworzyła się swoista harmonia, stabilny układ, w którym każdy wie, gdzie jest jego miejsce i czego może się spodziewać.
Plaż ciąg dalszy
Na ogniu gotują się warzywa przyrządzone według hinduskiej, ayurwedyjskiej tradycji, wokół rozsiedli się nasi nowo spotkani znajomi - para Argentyńczyków poszukujących swego miejsca na ziemi, surfer z Rio o uśmiechu buddy, który wpadł tu tylko na weekend i błękitnooki Francuz, przemierzający Ameryke Południową z plecakiem ekologicznych nasion BIO, które rozsiewa to tu to tam szykując BIO rewolucję żywieniową. Wszyscy wegetarianie, medytujący fascynaci Indii, bez entuzjazmu przyjęli to, co nie znając jeszcze całej prawdy o współtowarzyszach podróży przygotowaliśmy na wieczór. Do pysznej, grillowanej kiełbaski i ciepłej, ale równie udanej caipirinhi nie znaleźliśmy kompanów, za to daliśmy się namówić na zdrowy, owocowy deser i sadzenie BIO roślinek połączone z wysyłaniem im pozytywnej energii w trakcie zaimprowizowanych rytuałów. A nocą, gdy już wszyscy poszli spać pożegnaliśmy się na jakiś czas z oceanem kąpiąc się w błyszczącej tysiącem jasnych punkcików wodzie. Na styku wody i poruszającej się dłoni zapalały się drobne światła morskich glonów, wodne świetliki, magiczny i zaskakujący spektakl, pocałunek na do widzenia zachodnich wód Atlantyku. Mały, opuszczony przez turystów kemping w Trindadzie był naszą ostatnią plażową bazą w czasie południowoamerykańskiej przygody. Stąd tylko godzina drogi dzieliła nas od Paraty, pięknego, nadmorskiego miasteczka zbudowanego w taki sposób, żeby wody przypływu przedostawały się na jego ulice czyszcząc je codziennie z wszelkich pozostałości dnia. Gonieni czasem ostatnich dni podróży musieliśmy jechać przed siebie, w kierunku Argentyny, w kierunku Buenos Aires, ze zbliżającą się szybko datą wypisaną na bilecie powrotnym.




Biegiem przed siebie
Ile by czasu nie podarowac sobie na podrozowanie, zawsze przychodzi ten ostatni tydzien i chec, zeby zmiescic w nim jeszcze ze trzy zycia. Nie uchronilismy sie przed ostrym przyspieszeniem tempa podrozy, zeby zobaczyc jeszcze Sao Paulo i wodospady Iguazu. W Sao Paulo spedzilismy zaledwie jeden dzien, co na 16 - milionowa metropolie jest zdecydowanie zbyt krotka chwila by moc o tym miescie powiedziec cos sensownego. Sao Paulo jest olbrzymie, po horyzont zabudowane drapaczami chmur, pomiedzy ktorymi co bogatsi poruszaja sie helikopterami. Sao Paulo jest niebezpieczne, tak przynajmniej mowia statystyki, ale chyba da sie lubic. Brazylijczyk zapytany o najpiekniejsze miejsce na ziemi zawsze poda to, w ktorym mieszka. W Sao Paulo mieszka 16 milionow osob. 16 milionow nie moze sie mylic!
Po nocy spedzonej w autobusie obudzilismy sie w Foz do Iguaçu, skapanym w deszczu i nie zachecajacym do wyprawy nad slynne wodospady. Normalnie by czlowiek znalazl tania noclegownie i poczekal, az padac przestanie, zawsze w koncu przestaje, ale wyscig ostatniego tygodnia nie pozwalal nam na takie rozwiazania. Najblizszym miedzynarodowym busikiem przejechalismy granice z Argentyna, pospiesznie i deszczowo zegnajac Brazylie. Po chwili siedzielismy juz przy stole w Puerto Iguazu z nabozenstwem podziwiajac idealnie wysmazonego steka podanego w towarzystwie pysznego argentynskiego wina - mile sa powroty, a przy smakowicie zastawionym stole nawet deszcz nabiera uroku.
W Iguazu tematem przewodnim rozmow przyjezdnych jest problem strony (brazylijskiej badz argentynskiej), z ktorej wodospad widzieli, zobacza, trzeba zobaczyc, nie mozna przegapic, itd. Otoz dostep do wodospadu Iguazu mozliwy jest zarowno od strony brazylijskiej, czyli Foz do Iguaçu i argentynskiej - z Puerto Iguazu. My zdecydowalismy sie na strone argentynska, z braku porownania nie moge powiedziec czy lepsza, w kazdym razie imponujaca. Wodospad Iguazu to 2,5 kilometrowa sciana mniejszych i wiekszych kaskad i miliony litrow wody spadajace z hukiem w przepasc skalna w nurcie rzeki Iguazu. W zaleznosci od roku i miesiaca, wody moze byc mniej lub wiecej, my tradycyjnie trafilismy na moment obfitych wod i dostep do najwyzszej (90 m) i najbardziej imponujacej czesci wodospadu, czyli Garganta del diablo byl uniemozliwiony. Mimo tego to, co widzielismy trudno przyblizyc slowami - sklebiona, spieniona, rozszalala woda rzucala sie z hukiem kilkadziesiat metrow w dol gotowa zmiesc i zniszczyc wszystko na swojej drodze, tworzac jednoczesnie wokol delikatna, orzezwiajaca mgielke, w ktorej kolorami teczy odbijalo sie slonce. Piekno i sila natury w jednym, budzace podziw, respekt i nadzieje, ze nie cala ziemie zasypia smieci i cos z jej piekna zostawimy tym, ktorzy przyjda po nas.
Waz zjadl swoj ogon
20 pazdziernika 2009 w Buenos Aires rozpoczela sie nasza przygoda. 3 maja 2010, po prawie 200 pieknych i intensywnych dniach na drogach i bezdrozach Argentyny, Chile, Boliwii, Peru i Brazylii przygoda dobiegla konca. Gdy juz niczego nie oczekiwalismy, gotowi zjesc ostatniego steka, kupic ostatni kilogram mate i spakowac po raz ostatni plecaki, Ameryka miala dla nas jeszcze jeden prezent - nostalgiczna, magiczna, jesienna twarz Buenos Aires, ktore w tych ostatnich dniach zachwycilo nas zacierajac nienajlepsze wrazenia z pierwszych dni podrozy. Buenos Aires widziane z ulic i kawiarenek dzielnicy San Telmo mialo smak dobrej kawy, jesiennego, cieplego slonca malujacego abstrakcyjne wzory na secesyjnych fasadach, wzruszenia przy spotkaniu z prawdziwym tango tanczonym z pasja gdy turysci juz poszli spac. Albo w nas cos sie zmienilo przez te pol roku i zaczelismy szerzej widziec swiat, albo Buenos Aires w tych dniach pokazalo nam tylko to, co mialo w sobie najpiekniejszego. Albo wszystko jest wzgledne i powstaje za kazdym razem na nowo na styku tego, ktory patrzy i tego, co swiat daje. I nie ma niczego stalego i niczego pewnego, tylko wrazenia, krotkie iskry zachwytu, ktore na prozno chcielibysmy zlapac, nazwac, posegregowac i zakonserwowac. Dzis ja i dzis Buenos Aires, nowe rozdanie kart, kto wracalby do tego, co bylo pol roku wczesniej!

Tak tez traktujcie te wszystkie zapiski, slowa, ktorymi probowalismy opisywac swiat wokol nas - jako wrazenia, ulotne blyski miedzy nami i swiatem w chwili, gdy tam bylismy. Jaka jest wasza Ameryka? Sprawdzcie sami!
Dziekuje tym, ktorzy nas czytali, ktorzy nam towarzyszyli, ktorzy nas komentowali. Kazde wasze slowa byly dla nas nagroda za dlugie godziny nad kartka papieru i przed ekranem komputera. Ciesze sie, jesli moglam choc troche przyblizyc Wam ten odlegly i fascynujacy kontynent z jego bogata historia, tradycjami i ludzmi, ktorzy moze inaczej niz my ale na pewno nie bardziej blednie odbieraja rzeczywistosc i probuja w niej zyc najlepiej jak potrafia. I zycze szczescia i pieknych spotkan wszystkim tym, ktorych udalo mi sie zainspirowac i zachecic do wyruszenia we wlasna podroz - niewazne czy na drugi koniec swiata czy do sasiada za sciana. Hasta la proxima!

|
Publié à 08:16, le 3/06/2010, dans Polski, Puerto Iguazú Mots clefs : Brazylia |
Commentaires (0) | Ajouter un commentaire | Lien |
|
Rio de Janeiro, mythique et unique, plantee dans un decor fantastique entre ocean, ilots et montagnes, nous acceuille sous un ciel bleu malgre les recents caprices meteorologiques ayant provoque d’importantes inondations.
Copacabana et Ipanema, deux quartiers riches avec leur longue plage et hotels de luxe ; un centre-ville avec des grattes-ciel a la new-yorkaise ; Santa Teresa, le quartier des artistes et des bobos dont les rues serpentant sur une colline rappellent Montmartre ; Lapa le quartier de la fete et de la debauche les nuits de fin de semaine ; je pourrais m’arreter la pour decrire cette ville qui paraitrait alors ideale.

Mais la realite est tout autre. Les favelas sont la, toutes proches, voir jouxtant les quartiers les plus riches, perchees sur les morros (collines) des terrains theoritiquement inconstructibles, contemplant les activites du reste de la ville. Contrairement a ce que l’on pourrait croire les favelas ne sont pas des maisons faites de cartons, de plastiques et de toles mais des quartiers constitues de vraies maisons en briques et en beton, avec un toit et des fenetres, construites les unes sur les autres sans aucun plan ou quelconque design architectural, ou s’entassent le tiers de la population urbaine, la portion la plus pauvre bien evidemment. Et puis il y a les plus misereux, ceux dorment dans la rue, sur les troittoirs, un nombre non negligeable, rien de comparable a ce que l’on peut voir en Europe.
Les riches, effrayes par cette misere et la violence toujours croissante s’enferment dans leurs tours aux clotures electrifiees. Pour eviter les agressions et les embouteillages, la mode serait de se deplacer en helicoptere de tours en tours, chacune equipees de piste d’atterissage sur le toit ! Le Bresil m’apparait comme un pays de contrastes, tant geographiques que sociaux.
De Rio nous descendons un peu plus au sud, vers Paraty, en mode vacances pour la fin de ce voyage ! Le centre historique de Paraty est un magnifique temoignage de l’architecture coloniale bresilienne. La ville constituait au XVII siecle le point de depart de l’or bresilien vers Lisbonne.
Non loin de la, une plage paradisiaque et son petit camping rustique nous invitent a planter notre tente une derniere fois sur ce continent. Le soir, nous partageons la cuisine au feu de bois avec des jeunes roots fort sympatiques. Par contre, lorsque nous sortons nos saucisses a griller et une bouteille de cachaca, on passe pour des barbares puisque l’on decouvre que tous sont vegetariens et ne boivent pas d’alcool.
Pour terminer avec le Bresil, je vous propose un petit concours, celui de l'election de la plus belle photo de plage.
Photo 1
Photo 2 Photo 3
Photo 6
Apres une visite expresse d’une jungle urbaine nommee Sao Paolo (18 millions d’hbts), nous quittons le Bresil pour retrouver l’Argentine a Puerto Iguazu, afin de clore les vacances en beaute. Pourquoi en beaute ? Car c’est la-bas que se trouvent des chutes d’eau gigantesques, les chutes d’Iguazu, aux confins des frontieres du Bresilienne et du Paraguay, un endroit a vous couper le souffle a la vue de ces millions de metre cube qui tombent dans le vide chaque seconde. Meme le saut du Doubs ne peut pas rivaliser !
Notre periple s’acheve a Buenos Aires la ou nous avions deja atterit en octobre dernier. La ville ne m’avait pas plut la premiere fois mais cette fois-ci, habitant dans le quartier de San Telmo, sous un ciel bleu d’automne, c’est un autre visage que j’ai decouvert.
Dans les canaux de Tigre, nous rendons visite a un couple d'amis rencontres au fond d’un canyon peruvien, qui eux voyagent avec leur maison flottante, le Mangaia. C’est spatieux, confortable et ils ont meme un petit poele a bois pour se chauffer quand ils seront perdus dans les fjords de patagonie chilienne !
Eh bien voila, nos aventures en Amerique du Sud s’arretent la malheureusement. Mais heureux nous sommes de rentrer sur le vieux continent, riches de souvenirs, retrouver la famille et les amis, avec comme premiere rejouissance le mariage de la soeur d’Agata en Pologne. Merci a tout ceux qui nous ont suivit !
|
Publié à 01:37, le 17/05/2010, dans Francais, Rio de Janeiro Mots clefs : |
Commentaires (9) | Ajouter un commentaire | Lien |
|
Do Salwadoru dotarlismy o polnocy, pasazerowie naszego autobusu szybko rozpierzchli sie na wszystkie strony i zostalismy sami na niemal pustym dworcu.
- Nie mozecie wyjsc stad piechota szukac hotelu. Tu jest zbyt niebezpiecznie.
- Nawet na druga strone ulicy?
- Nawet.
Nie majac innego wyjscia zlapalismy taksowke i dalismy sie zawiezc do centrum. Po drodze mijalismy wymarle ulice zamieszkane przez biedakow, spiace na chodnikach dzieci, brudnych szalencow rozmawiajacych z powietrzem. Taksowka zatrzymala sie na placu pelnym bezdomnych, ktorzy w jednej chwili ruszyli w kierunku samochodu. Wysiedlismy pelni obaw, wyciagnelismy plecaki z bagaznika i czujac sie niepewnie w tej przerazajacej scenerii, pozwolilismy jednemu z mieszkancow ulicy zaprowadzic sie do hotelu, gdzie on dostal swoja prowizje, a my wsrod bialych, czystych przescieradel moglismy odpoczac po ponad trzydziestu godzinach podrozy autobusem i pierwszym szokujacym kontakcie z Salwadorem.
Gdy na drugi dzien rano wyszlismy z hotelu, miasto w niczym nie przypominalo scen grozy z poprzedniej nocy. Piekne, brukowane uliczki odnowionej, zabytkowej dzielnicy pelurinho pelne byly turystow spacerujacych pomiedzy wiekowymi kosciolami, sklepikami z pamiatkami i restauracjami serwujacymi tradycyjna kuchnie stanu Bahia. Mieszkancy Salwadoru to w glownej mierze potomkowie sprowadzonych z Afryki niewolnikow, ktorzy pracowali na plantacjach portugalskiej kolonii. Dzis Salwador nosi wyrazne slady afrykanskiej przeszlosci jego mieszkancow - na placach mozna znalezc pomniki upamietniajace liderow buntow czarnej spolecznosci, nazwa dzielnicy pelurinho oznacza slup, przy ktorym biczowano nieposlusznych niewolnikow, kultura, tradycje i kuchnia maja latwo wyczuwalne, afrykanskie korzenie.
Capoeira
Salwador to glowny cel ``pielgrzymek`` capoeiristow z calego swiata, miasto, ktore na naszej mapie podrozy bylo jedynym pewniakiem. To tutaj narodzila sie capoeira - muzyka, taniec i sztuka walki w jednym, ktorej historia to historia milionow mieszkancow Afryki, ktorych od XVI do XIX wieku brutalnie odrywano od korzeni, rodzin i ziemi, a po przetransportowaniu do ``Nowego Swiata`` zmuszano do nieludzkiej pracy dla dobra bialych kolonizatorow. Dzis capoeira obecna jest na calym swiecie, w Polsce w kazdym wiekszym miescie jet przynajmniej jedna szkola, ale poczatki to osady zbieglych z plantacji niewolnikow, tzw. quilombos, gdzie capoeira wyksztalcila sie jako forma walki bazujac na afrykanskich korzeniach wojownikow.
Najbardziej tradycyjnym rodzajem capoeiry jest capoeira angola, w ktorej dwoch graczy w rytm instrumentow (berimbau, pandeiro i atabaque) w wolnym tempie i uwaznie obserwujac przeciwnika markuje ciosy, podcina nogi i zaklada pulapki probujac zdobyc przewage nad drugim graczem. Wszystko spokojnie i bez przemocy, w rytm monotonnej muzyki wyspiewywanej przez chor i z duza iloscia akrobacji.
W latach trzydziestych XX wieku narodzila sie capoeira regional, drugi rodzaj capoeiry o tych samych bazach co angola, ale w znacznie szybszym tempie i z wieksza iloscia kopniec. Capoeira regional bardziej pasuje do okreslenia ``sztuka walki``, ale tez tutaj istotna role odgrywa muzyka, a walka czesto odbywa sie bez kontaktu fizycznego - jak niezaklocony niczym dialog, gdzie za ciosem jest unik, a uderzenie zatrzymuje sie centymetr od celu.
Juz drugiego dnia w Salwadorze znalezlismy ``nasza`` szkole capoeiry - Associacao de Capoeira Mestre Bimba (www.capoeiramestrebimba.com.br), gdzie trenuje sie capoeira regional. Zaprowadzil nas do niej Emiliano, Argentynczyk z berimbau wytatuowanym na plecach, ktory w Salwadorze spedzil poltora miesiaca trenujac, uczac sie portugalskiego i poznajac brazyliska kulture, a ktorego mielismy okazje poznac we wspolnej kuchni naszej Salwadorskiej stancji.
My zafundowalismy sobie dwa tygodnie codziennych treningow cwiczac pod okiem brazylijskich profesorow - prawdziwa uczta dla milosnika capoeiry oplacona litrami potu, zakwasami i zdartymi stopami (capoeira regional gra sie glownie boso). Wieczory spedzalismy w Forte de Santo Antonio, tzw. forcie capoeiry, gdzie w zabytkowych, odrestaurowanych murach portugalskiej twierdzy mieszcza sie obecnie siedziby glownych szkol capoeira angola. To tutaj mozna poczuc bijace silnie serce capoeiry i poznac jej korzenie. Dopiero tutaj moglam zrozumiec czym jest capoeira dla ludzi, ktorzy oddaja jej zycie i wyobrazic sobie czym byla u swych poczatkow. W Salwadorze wyraznie widac, ze za kopnieciami i muzyka wygrywana na berimbau kryje sie historia, tradycja i nadal zywa kultura. Trenujac w Polsce z dala od jej kolebki latwo zapomniec, ze capoeira to cos wiecej niz sport.
Candomble
Innym elementem kultury afrykanskiej obecnym w Salwadorze jest candomble - system wierzen i rytualow, ktory narodzil sie w Bahia po zmieszaniu religii roznych plemion afrykanskich z katolicyzmem przywiezionym przez Portugalczykow. W candomble bogowie - orixas sa podobni do ludzi - maja swoje ulubione potrawy i kolory, rozne cechy temperamentu i osobowosci, charakteryzujace ich ubiory i rekwizyty. Kazdy czlowiek ma swojego orixa - doradce i straznika. W czasie ceremonii candomble bogowie pojawiaja sie wsrod wyznawcow wstepujac w ich ciala. Ceremonie sa otwarte dla wszystkich zainteresowanych i nie jest niczym dziwnym widok grupki turystow w tlumie wyznawcow. Po dlugich i bezskutecznych probach znalezienia kalendarza ceremonii zdecydowalismy sie na pomoc przewodnika, ktory zawiozl nas do jednego z domow candomble, w wiekszosci znajdujacych sie z dala od centrum miasta.
Luis, nasz przewodnik okazal sie niezlym dziwakiem. Opowiadal nam rozne niestworzone historie dla podkreslenia unikalnosci, znaczenia i przewagi candomble nad innymi religiami. Przed ceremonia zaciagnal nas do pobliskiej budki z piwem, gdzie zostal, gdy ceremonia sie rozpoczela. ``Nie chce wpasc w trans`` - tak nam to wytlumaczyl.
Ceremonia to swieto, okazja do spotkania dla czlonkow spolecznosci w dniu poswieconym jednemu z orixas. Wszyscy przychodza w bieli, elegancko ubrani, z kuchni dobywaja sie zapachy ulubionej potrawy bostwa, na czesc ktorego odbywa sie ceremonia.
Weszlismy do duzej, jasno oswietlonej sali bez dekoracji, Guillaume na prawo do czesci meskiej, ja na lewo z innymi kobietami, mocny rytm bebnow rozpoczal ceremonie, odswietnie ubrane kobiety ruszyly w taniec w kregu otwierajac swe ciala na przyjscie orixas. Reszta spolecznosci, w wiekszosci czarna, obserwowala wydarzenia, rozmawiala, smiala sie, witala z pozostalymi. Co jakis czas ktoras z tancerek wpadala w trans, co mialo oznaczac przyjscie ktoregos z orixas. Mezczyzni z orkiestry zaznaczali ten fakt glosnym dzwiekiem trab, inne kobiety zdejmowaly tancerce buty i kolczyki i prowadzily w okreznym tancu. Po dluzszej chwili wszystkie kobiety, ktore wpadly w trans wyprowadzono po to, zeby chwile pozniej wrocily ubrane w szaty orixas tanczac typowy dla kazdego z bostw taniec. Ku naszemu wielkiemy zaskoczeniu rowniez Luis, gdy tylko wrocil z budki z piwem, wsluchal sie w rytmiczne bicie bebnow i zaczal trzasc sie w transie. Mialam nadzieje zobaczyc go chwile pozniej wystrojonego w boskie szaty, ale nic takiego nie nastapilo. Wyprowadzono Luisa na strone i doprowadzono do porzadku - orixas nie wstepuja we wszystkie ciala jak popadnie, trans Luisa nie byl niczym boskim i chwile pozniej jechalismy juz razem samochodem z powrotem do centrum Salwadoru.
Z braku glebszej wiedzy o candomble ceremonia byla dla nas tylko ciekawym i porywajacym widowiskiem okraszonym rytmem bebnow, spiewem i glosem trab, ale zeby zrozumiec co kryje sie za symbolami i jakie jest znaczenie tego, co widzielismy, musimy ten temat dokladniej przestudiowac. W czasie podrozy kazdego dnia poznajemy cos nowego, ale nigdzie nie zostajac na dluzej slizgamy sie po powierzchni zjawisk. Lista tematow do zglebienia po powrocie stale rosnie.

Kolorowe wstazki
Poza zabytkowym centrum, capoeira i candomble, Salwador to tez piekne plaze szczelnie obudowane bogatymi rezydencjami i hotelami i nieciekawe, za to bogate osiedla wiez - apartamentowcow, ktorych zycie koncentruje sie w licznych centrach handlowych. Z dala od centrum znajduje sie katolicki kosciol Igreja de Nosso Senhor do Bonfim, glowne centrum katolicyzmu w Salwadorze, bedace jednoczesnie jednym z najwazniejszych miejsc zgromadzen wyznawcow candomble. Kosciol slynie z licznych uzdrowien, a ich pamiatka sa podziekowania i plastikowe repliki uzdrowionych czesci ciala w jednej z sal swiatyni. Na bramie wiodacej do kosciola powiewaja kolorowe wstazki, ktore mozna kupic u jednego z licznych sprzedawcow i dolozyc do setek jej podobnych. Wstazki to charakterystyczny amulet i pamiatka z Salwadoru, ktorego pelno we wszystkich sklepach z suwenirami i na nadgarstku co drugiego turysty.
Salwador jest miastem, ktore tetni muzyka. Wtorkowy wieczor to swieto w pelurinho - na kazdym placu i placyku rozbrzmiewa samba, batucada i MPB (musica popular brasileira). Przed rozstawionymi na ulicach scenami tlumy tancza sambe, a uliczni sprzedawcy zarabiaja na zycie handlujac piwem, caipirinha, szaszlykami i pieczonym serem. Wsrod rozbawionych tlumow, jak cienie przemykaja brudne dzieci z kokainowym szalenstwem w oczach i biedacy zebrzacy zawsze w ten sam, charakterystyczny dla Salwadoru sposob - zawiazujac na nadgarstku kolorowe wstazki z kosciola Bonfim. Trzy supelki, jeden na kazde wypowiedziane w duchu zyczenie, z nadzieja, ze za ten cud zaplacimy dobrym slowem i moneta. Na to, ze ich zyczenia sie spelnia nadzieja jest niewielka. Brazylia - kraj wszystkich, jak glosi rzadowa propaganda to tylko puste haslo, jak policzek dla tych, ktorzy zasypiaja i budza sie na ulicy.
|
Publié à 01:27, le 24/04/2010, dans Polski, Porto Seguro Mots clefs : Brazylia |
Commentaires (1) | Ajouter un commentaire | Lien |
|
Une arrivée au milieu de la nuit à Salvador de Bahia après 36h de bus n'est pas le meilleur moyen pour avoir le coup de foudre pour cette ville au premier coup d'oeil. D'abord, il faut rejoindre le centre en taxi, qui en profite pour gonfler le prix de la course puisque nous n'avons pas d'autre solution. Pas question de s'aventurer à pied à la recherche d'un hotel, l'insécurité est trop grande à cette heure tardive de la nuit. De derrière les vitres de la voiture nous regardons avec stupeur défiler les rues obscures aux ambiances glauques dans lesquelles des hommes aux allures bizarres déambulent, trainent sur les troittoirs torses-nus. Il y a aussi des femmes très légèrement vétue, peut-etre des prostituées. Cette vision d'horreur est encore plus forte lorsque l'on s'approche du Pelourinho, le centre historique de Salvador. Les rues sont plus étroites, sales, des enfants dorment sur le seuil de maisons qui paraissent délabrées. On pourrait s'imaginer que les rues d'une ville au Moyen-Age ressemblaient à ca. Puis la taxi s'arrete sur une grande place, le Terreiro de Jesus, qui s'avère etre le coeur du centre historique mais à ce moment là, nous ne la savons pas encore, plus effrayés à l'idée de devoir descendre de voiture que motivés pour commencer la visite. Nous sommes immédiatement acceuilli par un maluco ("un fou" en portuguais) surexisté qui nous conduit sans trop tarder à un hotel, attiré par la commission qui l'attend et les quelques réals que nous lui donnerons. Dans cette rue touristique, il y a encore des policiers postés. Le prix de la chambre ne correspond pas vraiment à notre budget habituel mais tanpis, nous en chercherons un autre moins cher demain, d'abord nous allons profiter ici d'un repos bien mérité !


Le lendemain, nous découvrons un autre visage de la ville, coloré et animé, complétement à l'opposé de ce que nous avons vu la veille. De jour, c'est plus un Disney Land, les touristes parcourent les migonnes petites ruelles où les magasins de souvenirs bahianais se succèdent, les malucos se sont transformés en vendeurs ambulants feigant vous offrir un bracelet de tissu coloré en guise de cadeau de bienvenue pour mieux vous vendre après des colliers artisannaux fait de semences exotiques. On se fait bien sur avoir la première fois. Par contre attention, si tu acceptes le "cadeau" et que tu n'achètes rien après, le vendeur est furieux !

Nous trouvons finalement une chambre dans une pension familiale, dans un quartier mignon et populaire, proche mais à l'écart de l'agitation touristique du pelourinho.

Les habitants de Salvador et plus généralement de l'état de Bahia sont en majorité noirs, descendant des esclaves africains, emenés ici par les portuguais depuis les pays ouest-africains comme le Nigéria, le Congo, l'Angola, le Bénin. Cependant, de ce triste passé est né à Bahia une belle et riche culture afro-brésilienne qui est largement présente de nos jours.
Parlons d'abord de la capoeira, un art martial original, bien différent des classiques que l'on connait et qui va bien plus loin qu'un simple combat. Il s'agit en réalité plus d'un jeu où l'adresse et la malice comptent plus que la force des coups portés à l'adversaire, d'ailleurs il y a très peu de contact physique, le but n'étant pas de mettre l'autre KO ! Et puis l'environnement est indispensable. Le jeu nécessite une ambiance spécifique créée par le son du berimbau (une sorte d'arc avec une corde métallique qui résonne dans une calebasse fixée à sa base lorsqu'elle est frappée avec une baguette en bois), le rythme du pandeiro (tambourin) et de l'atabaque (grand tambour africain), le tout accompagnant les chants en choeur des participants qui forment la roda (une ronde). C'est au centre de cette dernière que se déroule l'affrontement de deux des capoeiristes qui tournent au fil du temps, c'est à dire qu'un débutant peu très bien se trouver en face d'un expert, un adulte contre un enfant, un garcon contre une fille etc...
Il existe deux types de capoeira bien distinct l'un de l'autre: la capoeira Angola et la capoeira Regional. Pour faire simple, la première est plus lente et theatrale alors que la deuxième est dynamique, plus offensive avec des coups de pieds empruntés aux autres arts martiaux d'origine asiatique. Mais constatez plutot par vous-meme:
Capoeira Angola:
Capoeira Regional:
Pour notre part, nous pratiquons la capoeira Regional. C'est Agata qui me la fait connaitre lorsque nous vivions à Varsovie, elle avait commencé déjà bien avant notre rencontre. J'ai tout de suite aimé l'ambiance ouverte et joyeuse de ce sport, d'autant plus qu'il me faisait rapidement oublier les affaires problématiques ukrainiennes !

C'est donc ici une occasion révée pour faire un stage intensif de capoeira dans sa ville natale, avec des professeurs brésiliens. Au final, après deux heures d'entrainement chaque matin pendant deux semaines, nous avons beaucoup appris. Le reste du temps, nous l'avons comblé avec des visites dans cette ville aux milles églises, des après-midi à la plage dans le quartier Barra, la découverte de la délicieuse gastronomie bahianaise et des soirées concert, une petite caipirinha à la main (cocktail brésilien à base de citron, glacons et cachaca, alcool de canne à sucre).

Un autre élément de la culture afro-brésilienne est une religion unique: le candomblé. Elle est née d'un mélange entre du catholicisme, des rites et croyances africaines et consiste en un culte des orixas, les dieux du candomblé. Ceux-ci sont nombreux, plus d'une dizaine et s'apparentent aux etres humains de part leur représentation, leur sexe, leur caractères et meme leur plat préféré. Chaque adepte du candomblé possède son orixa, à la fois un protecteur et un guide.
Nous avons assisté à une cérémonie organisée par ses adeptes. Celle-ci se déroulait dans un des nombreux terreiros (maison de culte des orixas), la plupart éloignés du centre. Malgré une recherche active mais vaine pour nous rendre par nous-meme à une cérémonie, nous avons finalement du nous joindre à un groupe de touristes accompagné d'un guide. Ce soir là, c'est pour Xango, l'orixa du feu, du tonerre, garant de la justice, le Zeus du candomblé ! A l'intérieur du terreiro, les adeptes, noirs pour la plupart, sont élégants et vétus de blanc. Les femmes et les hommes sont séparés et répartis de chaque coté de la salle, il en est de meme pour nous puisque nous sommes mélangés avec les croyants. Soudain, les rythmes intenses des tambours sonnent le début de la cérémonie. Des femmes assez agées vétues de larges robes blanches à dentelle entament toutes la meme danse, tournant au centre de la pièce pendant que les spectateurs continuent à se saluer, discuter et plaisanter. Au bout d'un long moment sans véritable action, seulement des chants envoutants et la danse monotone des vieilles femmes, une d'entre elles tout à coup rentre en transe, symbolisant l'entrée d'un orixa dans son corps. Ce moment est alors souligné par le son de clairons. Les croyants se focalisent alors sur la femme-orixa, qui a changé de vetements et porte maintenant les attributs de Xango, l'orixa qui est entré en elle. A son passage, les gens tendent les mains afin de capter les énergies dégagées par la divinité. Parfois, la femme-Xango enlasse certaines personnes comme si le dieu voulait les saluer. Certains spectateurs tombent aussi en transe, ils sont de plus en plus nombreux au fur et à mesure du déroulement de la cérémonie. C'est assez surprenant à voir. Meme notre guide Luis, un type assez allumé, qui après avoir avalé quelques bières au bar d'à coté est revenu se placer à coté de moi et au bout de dix minutes, il se plit en deux soudainement et se met à trembler de tous ses membres. Tous sont évacués dans la pièce adjacente où ils sont réanimés en quelque sorte, puis rejoingnent l'assemblée, nature peinture !
Il parait que plus tard, les plats préférés de l'orixa célèbré sont servis mais malheureusement nous n'avons pas assisté à ce moment.

Dans l'autobus qui quitte Salvador au début de la nuit en direction du sud de Bahia, le son du berimbau et des chants de capoeira résonnent encore dans ma tete...
|
Publié à 01:55, le 16/04/2010, dans Francais, Salvador de Bahia Mots clefs : |
Commentaires (5) | Ajouter un commentaire | Lien |
|
Po trzech dniach od wyplyniecia z Tabatingi na horyzoncie dojrzelismy sylwetki wysokosciowcow Manaus. Dzungla amazonska w granicach Brazylii jest bardziej wytrzebiona i ``nowoczesna`` niz ta peruwianska, ale i tak widok olbrzymich statkow handlowych, fabryk i wiezowcow robi piorunujace wrazenie po trzech dniach wpatrywania sie w zielona sciane lasu. Dzungla amazonska to nie tylko dziewicza puszcza i Indianie zyjacy jak przed wiekami. Amazonia to tez ogromne porty, milionowe miasta, drogi, kopalnie i fabryki. Niestety, zielone pluca swiata sa mocno podziurawione.
Pierwsze zetkniecie z brazylijskim miastem nie bylo specjalnie przyjemnym przezyciem. Z nowoczesnych i klimatyzowanych budynkow portowych wychodzi sie prosto na brudna i zatloczona ulice, gdzie w cieniu zdewastowanego i zarosnietego budynku pamietajacego czasy kauczukowej prosperity spia bezdomni - kilka brudnych i wyglodzonych osob bez przeszlosci i przyszlosci, smutni reprezentanci wielomilionowej, obdartej armii zapomnianej przez boga, ludzi i brazylijski system opieki spolecznej.
Z portu trafilismy prosto do dzielnicy nocnych uciech - tych z najnizszej polki wnioskujac po zuzytych cialach dam przechadzajacych sie ulicami wsrod tanich i brudnych hoteli na godziny (zawsze 3 godziny).
Manaus bylo kiedys miastem nieprzyzwoicie bogatym, z teatrem goszczacym najwieksze slawy tego swiata i mieszkancami wysylajacymi ubrania do paryskich pralni. Tak bylo tutaj w XIX wieku, gdy europejski i amerykanski przemysl samochodowy wywolal ogromny popyt na kauczuk. Na poczatku XX wieku lateks z Ameryki Poludniowej zastapiono azjatyckim, a amazonskie miasta podupadly.
Dzisiejsze Manaus zachowalo slady wczesniejszej swietnosci, spacer jego ulicami to odkrywanie dawnego uroku posrod smieci, szarych ``plomb`` bez wyrazu i krzakow wyrastajacych z okien i dachow. W pieknym i swietnie odrestaurowanym gmachu Teatro Amazonas nadal odbywaja sie koncerty, a odswietnie ubrane panie z wyzszych sfer chlodza sie ozdobnymi wachlarzami mimo zainstalowanej klimatyzacji.
Po spacerze wsrod spalin, bossa novie w teatrze i wieczorze bez gwiazd na tarasie kawiarni zatesknilismy za cisza i spokojem. Zaokretowalismy sie wiec szybciutko na kolejny statek, maly i przytulny, ktory po 30-godzinnym rejsie dowiozl nas do Santarem.

Santarem i okolice
Santarem od poczatku zrobilo na nas dobre wrazenie miasta niewielkiego i zrelaksowanego, z przyjemna nadrzeczna promenada, na ktorej za dnia i w nocy koncentruje sie zycie. Wieczorem w licznych barach rozbrzmiewa muzyka, miasto je, pije, lowi ryby, cwiczy capoeire i biega ze sluchawkami na uszach, a to wszystko nad czarna rzeka Tapajos, ktora wpadajac do Amazonki kilometrami nie miesza sie z jej nurtem tworzac atramentowe kleksy na wodach w kolorze capuccino.
W Santarem rozpoczelismy na dobre przygode z egzotycznymi smakami kuchni brazylijskiej w jej zroznicowanych regionalnych wydaniach. Amazonska czesc Brazylii ma smak dziesiatek owocow z dzungli, z ktorych przyrzadza sie soki, a tradycyjne potrawy jak vatapa (zolty, arachidowy, pikanty sos z krewetkami) czy tacaca (zupa z glutowatym klejem z manioku i liscmi jambu paralizujacymi jezyk) nie pozostawiaja nikogo obojetnym.

30 kilometrow od Santarem lezy Alter do Chao, amazonskie Karaiby, polacie bialego piasku ocienionego palmami obmywane przez slodkie wody rzeki Tapajos. Alter do Chao to turystyczna wioska o charakterze nadmorskiego kurortu dla mniej zamoznych, z kilkoma pensjonatami, sklepami z pamiatkami i barami, w ktorych mozna za 6 reali (10 zl) zjesc proste Prato Feito (kawalek ryby lub miesa w akompaniamencie ryzu, nitek makaronu, fasoli i maczki z manioku). Mala lodzia wioslowa lub wplaw przeplywa sie z wioski na rajski polwysep, gwarny w weekendy, kiedy mieszkancy Santarem przybywaja tlumnie by sie kapac i opalac, a liczne bary kryte palmowymi liscmi serwuja grillowane ryby i caipirinhe. W tygodniu plaze wyludniaja sie, bary nie oferuja niczego poza cieniem, a na polwyspie poza kilkoma turystami zostaja tylko jego stali mieszkancy - grupka hippisow zarabiajacych na zycie produkcja bizuterii z pestek.
Po drodze do tego malego ziemskiego raju poznalismy Maud, mlodziutka Francuzke w podrozy przez Brazylie, kolekcjonerke dzieciecych snow i Davida, Brazylijczyka z okolic Santarem. Spedzilismy razem dwa mocno wakacyjne dni w sloncu i wodzie, z obowiazkowym ogniskiem noca, snujac opowiesci o podrozach i saczac ciepla caipirinhe z nogami zanurzonymi w orzezwiajacych wodach Tapajos. Po dwoch dniach raj nam sie znudzil, zostawilismy Maud pod opieka hippisow i wyruszylismy w poszukiwaniu przygod, na pozegnalne spotkanie z dzungla amazonska.
Zeby dostac sie do Narodowego Rezerwatu FLONA Tapajos, trzeba najpierw zdobyc pozwolenie na wstep w instytucie IBAMA w Santarem. Po trzech godzinach drogi przez dzungle starym, rozlatujacym sie autobusem dociera sie do Jamaragua, jednej z malych wiosek polozonych nad brzegami Tapajos w obrebie rezerwatu. W Jamaragua poza kilkoma drewnianymi chatami krytymi palmowymi liscmi jest tez wiejska szkola, sklepik ze slodkosciami, bar i duze boisko do pilki noznej.
W latach siedemdziesiatych gdy utworzono rezerwat probowano roznymi sposobami wysiedlic wioski, ktore znalazly sie w jego granicach. Walka trwala 30 lat, w 2001 roku wladze rezerwatu daly za wygrana i zamiast wyrzucac ludzi z ich wlasnego domu, zaangazowano cale spolecznosci w ochrone lasu. W ten sposob narodzila sie w Tapajos ekoturystyka - przyjazny srodowisku sposob na przezycie w miejscu, w ktorym nielegalne stalo sie wycinanie lasu pod uprawy, handel drewnem, komercyjne polowanie i lowienie ryb.
Jamaragua to ostatni przystanek na trasie autobusu, dalej droga jest nieprzejezdna. Kierowca zatrzymal sie przed sklepem ze slodkosciami i wskazal na duzy dom po drugiej stronie drogi: ``Idzcie porozmawiac z prezydentem wsi, on znajdzie wam jakis nocleg``. Prezydentem okazala sie drobna i cudownie usmiechnieta dona Consta, energiczna przywodczyni otwarta na nowe pomysly i czarodziejka w kuchni, ktora od rana do wieczora hojnie i z radoscia osoby lubiacej gosci w domu serwowala nam dania przyrzadzane na bazie tego, czego w dzungli, rzece i zagrodzie pod dostatkiem.
Dona Consta wraz z mezem prowadza prosty ale pelen uroku pensjonat z widokiem na rzeke i pocztowkowe zachodyy slonca. Gdy zorientowalismy sie, ze w pokoju poza nami mieszkaja jeszcze gigantyczne pajaki, nietoperze i spasione karaluchy, na lozku rozbilismy namiot i spokojnie spalismy w tym rozbrykanym noca i pochowanym za dnia towarzystwie.
W Jamaragua wybralismy sie na 4-godzinny spacer wglab dzungli z miejscowym przewodnikiem, zegnajac sie ze stumilowym lasem na czas blizej nieokreslony. Odwiedzilismy sasiednia wies Maguari, gdzie z lateksu i bawelnianych placht materialu wykonuje sie ekologiczna, wegetarianska skore, z ktorej w Niemczech szyte sa buty. I kapalismy sie w rzece za kazdym razem kiedy zrobilo nam sie goraco, czyli jakies kilkanascie razy dziennie.
U doni Consty i Pedrinha spedzilismy tylko 3 dni, a zegnalismy sie jak z najlepszymi przyjaciolmi. Pomalu zdajemy sobie sprawe z tego, ze Brazylijczycy to najbardziej radosni, otwarci i pozytywnie nastawieni do swiata ludzie, jakich zdarzylo nam sie spotkac - zawsze z usmiechem, kciukiem w gorze w gescie ``jest super`` i anielska cierpliwoscia do powtarzania po kilka razy wszystkiego, czego nie zrozumielismy.
Jamaragua to miejsce, do ktorego chcialoby sie czesto wracac. I pierwszy idealny projekt ekoturystyczny na naszej drodze przez Ameryke Poludniowa.
tapereba, owoc z dzungli, idealny do przyrzadzenia soku

ekologiczna skora z Maragua
Po powrocie do Santarem i zakupach spozywczych na kolorowym i gwarnym rynku, zaokretowalismy sie na ostatni juz statek, ktorym chcielismy pokonac dwudniowa trase do Belem, polozonego w delcie Amazonki. Statek wypelniony byl halasliwymi, wytatuowanymi osilkami z nierozlaczna puszka piwa w garsci, czerwieniejacymi wraz z uplywajacymi godzinami i litrami wypijanego alkoholu. Znalezlismy w miare spokojne miejsce na hamak, ktore w porze obiadu okazalo sie byc fatalnym bledem - zawieszony pod sufitem ogromny stol opuszczano trzy razy dziennie, co wiazalo sie z ciaglym instalowaniem i odczepianiem hamaka z pobudka o godzinie szostej rano.
Poczatkowo zli i zirytowani wzielismy przyklad z naszych sasiadow - kciuk do gory, tudo bem (wszystko dobrze), usmiech na twarzy. Po jednym dniu podrozy nawet wytatuowane osilki okazaly sie sympatycznymi, cieplymi osobami, ktore czestowaly nas dzemem z mango maminej produkcji i zwierzaly sie z trudow zycia gornika czy elektryka - zawsze z dala od domu. Rejs urozmaicaly nam akrobatyczne popisy mieszkancow nadbrzeznych wiosek, ktorzy podplywali lodziami, zarzucali metalowy hak na opony chroniace kadlub statku po to, zeby sprzedac kosz krewetek, kokosy czy inne owoce z dzungli. Ci mniej sprawni i przedsiebiorczy po prostu podplywali na bliska odleglosc czekajac na prezenty rzucane im przez pasazerow statku: paczki chipsow, stare ubrania, slodycze, plecaki. Wychodzac z zalozenia, ze dawanie czegos za nic czesciej rodzi zaleznosc niz pomaga, przehandlowalismy kalosze za kokosy, tym samym pozbywajac sie czesci niepotrzebnego juz bagazu. I tak oto zakonczylismy nasz rejs Amazonka, niezapomniana przygode naznaczona przez wszystkie kolejne statki, spotkanych na nich ludzi i niewygody najtanszych peruwianskich hamakow zakupionych jeszcze w Yurimaguas. Na hamakach nie nalezy oszczedzac!
Belem
Najciekawszym miejscem Belem jest nadbrzezny Mercado Municipal, czyli ryneczek. W urokliwej metalowej hali sprzedawane sa ryby, wokol rozlozylo sie mnostwo stoisk z owocami, warzywami, krewetkami i roznymi magiczno - leczniczymi preparatami przygotowanymi na bazie roslin z Amazonii. Kawalek dalej jest kilka budek z rekodzielem i spora czesc restauracyjna pelna stoisk z rybami i miesem smazonymi na naszych oczach i podawanymi z obowiazkowym ryzem, makaronem i fasola. Z drugiej strony Mercado jest maly port dla statkow przywozacych towary. A dalej - stare miasto, czesciowo odnowione, czesciowo zajete przez nieciekawie wygladajacych typow, ktorych nie chcialabym spotkac noca w ciemnej ulicy. Belem to tez miasto deszczu. Co chwile zatrzymywalismy sie pod dachem czekajac az ulewa przejdzie i na nowo wyjdzie slonce.
Belem w ciagu jednego dnia zmeczylo nas halasem i wszechobecnymi samochodami. Nienajlepsza slawa miasta zlodziei sprawia, ze trzeba miec sie wszedzie na bacznosci i ostroznie wybierac ulice, w ktore sie skreca. Po zmroku Belem zamiera, puste ulice tworza idealna scenerie dla napasci, a zycie nocne przenosi sie do zamknietych enklaw pod nadzorem policji, do ktorych turysci i bogatsi mieszkancy miasta dojezdzaja taksowkami.
W Brazylii szokuja kontrasty i rzeczywistosc jak z ponurych filmow. Z jednej strony bogactwo - w sklepach czego dusza zapragnie, w dobrych restauracjach elegancko ubrani ludzie rozpieszczaja podniebienia, na ulicach nie brakuje drogich samochodow, w kazdym miescie sa miejsca z modnymi klubami, luksusowymi rezydencjami i salami fitness. Obok tego widac nedze w skali makro, ludzi spiacych na ulicach, pol-nagie kobiety, dzieci wygrzebujace puszki ze smietnikow. Na styku tych dwoch swiatow tworza sie tarcia i rodzi sie przemoc. Bogaci zamykaja sie w zlotych klatkach, biedni opanowuja ulice. Daleko stad do raju.

|
Publié à 23:19, le 3/04/2010, dans Polski, Belém Mots clefs : Brazylia, ekoturystyka |
Commentaires (0) | Ajouter un commentaire | Lien |
|
|